Huśtawka

1Miała lat prawie jesiennych okrągłych, niemało, niedużo, jednak, nigdy tak wnikliwie nie marz(y)ła – zachłannie, przelotnie, zawrotnie.
Przymknęła powieki. Siedziała na rozstaju dróg i machała nogami. Niczym mała dziewczynka na ulubionej huśtawce. Podnosiła głowę, przygryzała wargi i bawiła się włosami. Na płaskiej tafli nieba obserwowała wyłaniającą się, po deszczu, tęczę. Raz skupiała szklany wzrok, innym razem pozwalała, żeby obraz rozmazywał kontury.

Świat pędził, a ona była spokojna. Bo nie ma doskonalszego remedium na nieprzewidziane życie niż ktoś obok, z pasją w oczach. Choćby jedno wejście na wzgórze w rześkie popołudnie. Takie smaki się pamięta. Tak samo, jak pewne wieczory, noce i poranki. Ale, aby poczuć, że to wszystko jest szczęściem, trzeba mieć bardzo proste i trochę nawet naiwne serce. 

Najwłaściwsza z cienkich nici, najdelikatniejsza z prawdziwych kwiatów. Huśtawka, ale nie ta od nastrojów, nie zakręcająca, ale ta kołysząca, unosząca, nie kapryśna, a liryczna. Symetrycznie ułożone dłonie. Palce w palce. Oddech. Dopasowanie.

Była na wewnętrznej stronie księżyca i wcale nie musiała zasypiać, żeby śnić. W głębi duszy, która od pewnego czasu nie odpoczywała, kruszyła się i znowu ożywała, zapominała. Teraz położyła się na ramieniu i zasypiała, zasypiała, zasypiała… błogo, delikatnie, euforycznie. Przepływała przez nią emocja, złota od dzisiejszych rzęs, od pierwszego wejrzenia. Drżała, odlatywała, pływała. Ponad falami.

To był zarysowany obraz kompletnego iddylizmu, tej dziewczynki, tej gaszącej świeczki na urodzinowym torcie, tam kiedyś, tam (nie)dawno, tam, gdzie wszystko miało swój początek – na pamięć znane wzruszenie, przywiązanie do ramion na kształt skrzydeł, dotykanie lekkie, dzikie zachłyśnięcie, ale takie pewne, znane, ciepłe. Trzecia dwadzieścia.

Hipnotyzująco: Awolation „Sail”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.