Elf(ka)

To chyba za sprawą filmu, który dziś widziałam…, albo i za inną sprawą…, nie wiem. Trochę o Elf(k)ach. Pewnie nie przez przypadek, na dwa dni, przed Nowym…

***

On zawsze dobrze pisał. Znał się też na tych współczesnych elfickich stworzeniach, w ciele dziewczyńskim. Był Elfologiem.

„Będzie miała długie nogi i stopy w sandałach. Będzie pachniała cała morzem… Popatrzy na mnie trochę płochliwie, ale będzie chciała, bym jednak to dostrzegł. To taka jej gra. Zresztą to taka gra dziewczynek. I będzie miała cudowne, jasne oczy. I nie będzie w nich zepsucia(…).
Powinnaś wiedzieć, że masz moc kojenia dzikich zwierząt – uśmiecha się jak mała dziewczynka. Ta dziewczyna to sama radość. Nie wie nic o picie, o składkach na ubezpieczenie społeczne, o rachunku za prąd. Ma inne problemy, ale jest wolna. Nie uprawia życia, lecz żyje nim – często człowiek skrywa w sobie wiele tajemnic. Wiele mrocznych tajemnic, które go ściągają. Aby się nie dać, musi znaleźć w sobie coś, co przynosi światło. Roześmianego Elfa – teraz dotyka mojej blizny na czole. Robi zatroskaną minę. Wygląda, jakby się naprawdę przejęła. Coś mówi, a ja oczywiście rozumiem, co. To wszystko widać, ale nie chcę jej słuchać. Nie teraz, teraz ja chcę mówić. Chcę to wreszcie powiedzieć, po to była ta podróż, aby znaleźć to, czego nie można znaleźć… – Ty jesteś takim Elfem. (…)
Jakże zaczął podobać mi się ten świat, w którym nic nie jest grą. W którym dziewczyna nie udaje, a facet nie stroszy piórek… Mogła siedzieć naprzeciw godzinami, a ja godzinami mogłem robić to samo – kiedyś myślałem, że już nic mnie nie odmieni. Aż do teraz, gdy dotarłem tu bardziej odmieniony. Niekiedy dzieją się rzeczy, po których musisz wciąż szukać samego siebie, nawet, jeżeli potrafisz znieść wszystko – rzekła… – Rozumiesz mnie. Wiem, że mnie rozumiesz – teraz kiwa dwa razy przytakująco… ” . FK.

***

Na dwa dni przed Nowym…, usłyszałam też pewne zdanie:

– To najbardziej samotny człowiek, jakiego znam…, a na pozór, jakże silny – powiedział znajomy on, przy okazji zwykłej rozmowy.
– A ja znam samotniejszego, do tego burzyciela – pomyślałam.

Ale to byłaby długa historia. Momentami, nawet, nie do końca prawdziwa.

Nie licytowaliśmy się. Samotnik znajomego to ktoś z pierwszych stron sportowych gazet, a ja znałam po prostu kogoś wyobcowanego, nieoswojonego, niespołecznego, wprost z dzikiego lasu.

Znałam, albo tylko przypadkowo spotkałam. Nigdy nie bałam się spojrzeć w dzikie oczy. Mniejsza z tym. Od dawna, nie to miało już znaczenie. Bo, kiedy zaczynasz czuć, nawet po bardzo długim czasie wiary w zwycięstwo, że wpadasz za kimś w ciemną głębię, a Ty chcesz widzieć dobro i widzisz je, to nic, że tylko czasem, i walczysz o nie i wiesz, że tego nie zmieni nic na świecie, choćby najtwardszy i najsilniejszy burzyciel, przecinasz nić, również tę baśniową. Przestajesz wtedy marzyć, ale w końcu doskonale rozumiesz, że to jedyna słuszna decyzja.

Zaglądałam w mrok, w najciemniejsze zakamarki (nie)ludzkich zachowań. Nie bałam się. Nigdy się nie bałam. Lubiłam unaoczniać ludziom zło i walczyć z nim. Może było trochę w tym i samospełnienia. A może po prostu dobrze było czuć smak takiej walki. Nawet, jeśli nie wygranej. Wiedziałam, po co to robię.

***

Nie podejrzewała zapewne, że gdy patrzyłem na nią, czułem coś takiego, jakbym stawał się bogatszy o wszystkie jej obolałości, o jej cierpienia, o jej przemijanie. Też wiele przeżyłem, lecz nie było to dla mnie takie ważne, jak to, czym ona była naznaczona. Nie, nie o to chodzi, że współcierpiałem z nią. Czy zresztą miłość potrzebuje współcierpienia? Chodzi mi o to, że odczuwałem jej istnienie jako moje istnienie. Pyta pan, co to znaczy? To, że jakby pan całe brzemię czyjegoś istnienia pragnął wziąć na siebie. Jakby pan pragnął tego kogoś w ogóle zwolnić z konieczności istnienia. Jakby pan pragnął za tego kogoś także umrzeć, żeby on nie musiał doświadczać swojego umierania. A to coś innego niż współcierpienie, jak się je na ogół rozumie. Na samą taką, choćby wyobrażoną, możliwość czułem, że chce mi się znowu żyć. Mówi pan, że to niemożliwe. Możliwe, że niemożliwe. Tylko wobec tego co powinno być miarą miłości? Jeśli pod tym nic nie znaczącym słowem pan i ja to samo byśmy rozumieli? Według czego mielibyśmy ją odczuwać? Według pożądania ciała? Ciało ma swój kres i dużo, dużo wcześniej, nim śmierć przyjdzie” Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”.

***

1Dziś walczę już mniej. Z różnych względów. To nie kwestia obojętności. Nie kwestia samotności… Może dojrzałości. Nie oponuję. Tęsknię nadal, ale wcale nie za dzikim, a tylko ciepłym.

Czasem jeszcze coś pcha mnie ku bitwie, lecz wystarczająco już napatrzyłam się na pustkowie, jakie pozostaje po niej…, więc trwam (u)lotnie w miejscu, w którym jestem. I lubię być taka wyletniona, taka wciąż spokojna i patrzeć czasem zmrużonymi oczami, by za chwilę po prostu odlecieć ku jasności…

***

„Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć…” Julio Cortázar „Gra w klasy”.

***

Na koniec obraz, młodej artystki, Agnieszki Banasiak. Wyjątkowy. I tkana nić, mająca łączyć dwa światy. Ludzki i elficki jednocześnie. Już nie ciemno – jasny. A tylko jasny. Jaśniutki. Czysty. Prawdziwy. Powracający do natury.

Siła znaczeń.

Muzyczne tchnienie: Nick Drake „One Of These Things Firs”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.