Malboro (list do nikąd)

Jego Malboro, jego łzy, jego strach, jego chwilowa walka, jego tęsknota, jego zagubienie… zawsze myślami byłam przy tych męskich i wrażliwych, ale tego, co on miał, nie było w Was, nawet w tych najlepszych. Spokoju duszy…

Umierał, po raz drugi, na moich oczach. A ja umierałam razem z nim. Ale zabrać mnie ze sobą nie chciał. Mówił tylko, że mam być silna i nie płakać…
Zima – Obawiałeś się rozdrapywania ran, a ja chciałam opowiedzieć Ci o sobie. Nie wiem, może chciałam zobaczyć również Twoje oczy, ich wyraz, żeby móc zapamiętać w nich błysk, a nie to, co ostatnio. O powrocie też chciałam rozmawiać, ale to zapewne byłoby o wiele trudniejsze. Wiedziałam jednak, że to właśnie nasza emocjonalność sprowadziła nas na manowce. Chciałam udowodnić sobie, że poza tą emocjonalnością, będzie coś, co może być nowe po takich doświadczeniach. Wiedziałam, że dopóki nie spojrzę w Twoje oczy, nie wypowiem sensu tego wszystkiego. Wierzyłam też, że nasze spotkanie będzie oczyszczeniem dla mnie, z którego ujdzie wszystko, o czym myślałam przez ostatni czas. Nie mogę patrzeć na swoją dumę, musiałam ją schować dawno temu. Choć tak bardzo pragnęłam ją utrzymać. Jednak zdecydowałam się od niej odstąpić już wtedy, kiedy jechałam do Ciebie po ostatnie moje rzeczy, kiedy zdecydowałam się Ciebie wesprzeć po rozstaniu, bo bałam się, że będziesz czuł się coraz gorzej sam ze sobą. Swoją dumę musiałam poświęcić na rzecz swojego głosu z jeszcze większej głębi. To poświęcenie muszę sobie wybaczyć.
Mówiłam, że chcę opowiedzieć. Nie musi Cię to wzruszać, obchodzić, powodować smutek, zmuszać do refleksji, bo Twój nowy świat może uczynił Cię już innym człowiekiem. Nie poznałam Cię do końca, nie miałam takiej szansy. Nie znam tej części, którą ukryłeś, być może nieświadomie. Zawsze Cię wybielałam, również w oczach innych. Choć Eros to mały rozbrykamy bóg, wścibski snajper. I dlatego zrobił mi na złość.
Zakochałam się. Tak zwyczajnie, dziewczęco, z uśmiechem. Tak, jak zakochiwać się należy. Tyle, że za szybko. Ty powinieneś zakochać się pierwszy. Ale ta błogość nocy i dotyk dnia, ten głos i ten sposób zachowania. To widocznie było silniejsze. Mocne uderzenie, na które czekałam bardzo długo. Byłam jak naiwna dziewczynka, pragnąca znaleźć się w bezpiecznych ramionach, po tym, ile smutnych przeżyć zostawiałam za sobą.
Różniliśmy się. Inne przeżycia, środowisko, praca. Ale przybliżała emocjonalność, definiowanie świata, podobne spojrzenie na fundamentalne sprawy – to było o wiele ważniejsze niż prozaiczność życia. Dlatego nadzieję na przyszłość budowałam na podstawie tych łączących nas cech.
Byłeś mężczyzną z moich snów. Imponowałeś mi męskością, konkretyzmem, swoją pracą, a nawet zmywaniem naczyń, wszystkim tym, czego ja się nie douczyłam. Myślałam sobie wiele razy, że jesteś uparty, ale to czyni Cię silnym. Skała, o którą można się wprawdzie skaleczyć, lecz za którą można także bezpiecznie się schronić. Potem, gdy zaczęłam Cię poznawać coraz mocniej, stworzyłam sobie coś na kształt Twojego portretu psychologicznego. Pozwoliłeś przez moment zbliżyć się do siebie. Robiłeś się wtedy spokojny i uległy. Uczyłeś się mozolnie nowych zachowań, nie będąc do nich przekonanym, ale potem zdawało mi się, że zaczynasz je akceptować. Chwilami więc czułam, że chcesz się nieco zmienić dla mnie. Uwielbiałam Twoje wieczorne wiadomości, kiedy wiedziałam, że wróciłeś bezpieczny z podróży, że za chwilę spokojnie zaśniesz. Dlatego, gdy czasami milczałeś, stawałam się niespokojna. Ale przyszedł moment, że przez ten niepokój, w końcu zacząłeś stawiać mur, za którym się schowałeś.
Oczy stały się Twoją najmocniejszą amunicją. Widziałam w nich pewne dobre uczucia, troskę i opiekuńczość, ale oprócz tego widziałam coś więcej. Pamiętam je do dziś, kiedy przyjechałam ostatni raz. Byłam wtedy pełna bólu, choć to Ty stałeś się wówczas małym zagubionym chłopcem, i patrzyłeś tak, jak ktoś, kto zrobił komuś ogromną krzywdę i nie wie dlaczego. Myślę, że to, iż nie do końca byłeś w swej postawie szczery, ukrywałeś swoje reakcje i odczucia, spowodowało, że w końcu musiałeś wybuchnąć. I nasza nadmierna emocjonalność, Twoja przeszłość, uporczywe myśli, że nie jesteś tym, kim miałeś być, sprawiała, że czułeś się coraz gorzej.
Ktoś wcześniej uczył mnie, że nie można całować rąk oprawców i nie można bronić ludzi własną krwią. Bo nikt mnie nie oszczędzi, jeśli zobaczy moje łzy. Bronić trzeba tych, za których chce się krwawić. Nigdy nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że mogłabym Cię nazwać kimś złym, bo to Ty pierwszy pokazałeś mi swoje łzy. Pocałowałam więc Twoją rękę, a nawet więcej, przytuliłam Twoje serce po tym, jak mnie odtrąciło, nie wiedząc jeszcze wtedy, jak mocno potem będę musiała to przeżyć.
Ty pewnie szukałeś kogoś, kto przezwycięży Twoje osiągnięcia. A ja miałam swoją spokojną pracę, a w niej bezbronne dzieci, niewinność, nie musiałam tam o nic walczyć, tak jak Ty to czyniłeś każdego dnia.
Nie pomogło też to, że zawsze chciałam, byś mógł zjeść coś po domowemu, zawsze chciałam, by mój dotyk spowodował ulgę w całym tym zmęczeniu. Wierzyłam w cud przytulenia. Starałam mówić Ci, że jestem z Ciebie dumna, nieśmiało, zmieniając głos kobiety na głos dziewczynki, ale starałam się. Na każdym kroku pragnęłam podkreślać Twoją wartość, na tyle mocno, żebyś to Ty zawsze był na pierwszym miejscu. Chciałam, żebyś czuł się męsko. Może czasami za słabo to czyniłam, bo uczyłam się Ciebie bardzo powoli, tak, żeby poznać każdy szczegół, każdą bliznę, każde złe wspomnienie.
Czasami, w Twoich oczach widziałam coś, co mówiło mi, że czujesz się tak, jakbyś na coś nie zasługiwał. Może przez to stawałeś się nerwowy, kładłeś się na łóżku w milczeniu, przeżywałeś gonitwę myśli i leżałeś tam, dopóki nie przyszłam Cię przytulić. To przez to, tak naprawdę, sam sobie umniejszałeś. Dużo czasu upłynęło zanim dotarło do mnie, że potrzebujesz wówczas wyłącznie pełnej akceptacji.
Ale Ty wybrałeś swoją strategię. Swój ogromny lęk przed bliskością schowałeś za zasłoną bezemocjonalności. Tak więc, jak tylko poczułeś się zagrożony, że możesz się odkryć, uciekałeś w różne strony, i w swoje nałogi. I ja wtedy też traciłam grunt, zamykałam się w sobie i analizowałam.
Kiedyś byłam tylko emocjonalna, potem nauczyłam się patrzeć na rozum. Dlatego oprócz porywów tego uczucia, zaczęłam w końcu robić bilans zysków i strat. Czułam, że coraz trudniej goją się moje rany. Bałam się, że kolejny raz może okazać się już tylko śmiertelny.
Doceniałeś mój inny sposób patrzenia na świat, a potem podziwiałeś dobroć. Ta dobroć jest we mnie wpisana, bo ja nigdy nie ratowałam siebie. W mojej głowie wciąż kłębił się świat doskonały.
Często powtarzałam, że więcej rzeczy czyni mnie smutną, niż tych, które czynią mnie wesołą. Bo kiedy nie cieszymy się do wszystkiego, jesteśmy bardziej spostrzegawczy. Na początku sądziłam, że to przede wszystkim ta moja inność i głębia widzenia zatrzymała Cię przy mnie. Wiem, jak ta inność dziś potrafi być nieakceptowalna, dlatego byłam Ci tak bardzo wdzięczna za to, że ją doceniłeś.
W tym okrutnym dniu więc, przede mną, pojawiła się ogromna pustka. Po raz pierwszy, bałam się wtedy, o wiele bardziej niż Ty. Bałam się, że któregoś razu nie wytrzymam swoich emocji. Przewidziałam, że czas niewiele zmieni. Potem złamałam się jak zapałka. Gdy odbierałam swoje rzeczy, po wyjściu od Ciebie, pobiegłam przed siebie i unosząc zapłakane oczy, spojrzałam w górę. Niebo było bez gwiazd. Nie pamiętam, jak dojechałam do domu. Byłam po drugiej stronie lustra, oczy zatopiły się w łzach, serce przestało chyba bić, bo wcale go nie słyszałam. Każdy następny raz, już po rozstaniu, gdy wychodziłam od Ciebie był podobny. Puste niebo. Chciałam być jak skała, a byłam tylko z gliny. Nie jadłam, nie spałam, nie funkcjonowałam. Wszędzie dostrzegałam Twój cień, słyszałam wciąż Twoje imię, nie mogłam darować sobie, że wszystko krąży wciąż wokół Ciebie, modliłam się o to, by zamknąć w końcu oczy i nie spotkać Cię w nocy. Zmieniła się moja twarz, oczy, nie poznawałam siebie w lustrze, inni też nie poznawali, tłamsiłam wszystko w sobie. Nie słyszałam, nie widziałam, nie czułam. Modliłam się do Boga o ratunek, bo ropiejące rany odbierały mi siłę.
Dziś, paradoksalnie, wiem, że dałeś mi poprzez to wszystko wiele siły i nauczyłeś wytrwałości. Dałeś mi też krótkie, co prawda, ale bardzo intensywne uczucie bycia pożądaną.

Ty też szukasz siebie, dlatego popełniasz błędy. Piszę Ci o tym, jakbym chciała Cię pouczać i coś domawiać, ale to nie to. Jesteś przecież mądrym człowiekiem, i pewnie, gdyby nie to, że gdy w grę wchodzą myśli, emocje, wtedy spychasz to, co czujesz na bok, siłą woli, miałbyś chęć na to, by próbować jeszcze coś budować.
Ale wiem, że w tym wszystkim i sama też mam sobie wiele do zarzucenia. Zawsze starałam się ukryć ten rodzaj wariactwa, które mnie dosięga. W końcu nie kocha się tych bardziej trudnych. Za duże ryzyko. Jestem chora na niepokój i samotność, które pragną ukojenia. Ty przecież chorujesz na to samo, więc ukrywaliśmy to przed sobą dość nieudolnie i w końcu wysupłaliśmy się z kryjówek. Absurdalne pragnienia, których nie da się spełnić, stanęły naprzeciw siebie. Rozpoznały się. Ale nic nie dało się zrobić. A bezsilność boli najbardziej. Jestem zagubiona pomiędzy tym co być powinno, a tym czego pragnę. Z niepewnością i brakiem oparcia w schematach. Świadoma siebie i inteligentna emocjonalnie, lecz niepoprawna. Ale nigdy nie szukałam poprawności – ona niczego mnie nie nauczy.
Dziś nie wierzę już w żadne uczucia, nie zaufam nikomu, nie teraz.
Być może to wszystko jest zbyt analityczne i zbyt głębokie. Ale ja nie mogłam nigdy uwierzyć w taki los, pamiętając o pierwszych chwilach i słowach, które wypowiadałeś. Nie godziłam się na takie myśli, dlatego walczyłam do końca. Mimo, iż wiem, że świat musi być realny, zrównoważony, praktyczny, przemyślany. A czasem zwyczajnie nie ma cen, które wystarczają.
Oddając te myśli, czuję się obnażona, bo odsłoniłam swoje uczucia do końca.
Przemyślałam jednak to bardzo głęboko. I zdecydowałam się odważyć, by opowiedzieć, tym razem swoje emocje, dałam sobie prawo do odrzucenia wstydu, do pokazania tego, jak ważne jest, by pamiętać, co czynią z nas nieposkładane myśli.
Pokazałeś mi cień drogi do miłości, która jest cierpieniem dla mnie, ale być może stała się wybawieniem dla Ciebie. Dlatego bądź szczęśliwszy, ze swoimi szansami w innym świecie…

Lato – a potem przyszło lato, i słońce i radość i cud przytulenia na nowo, spełnienie, ratunek, nawrócenie, uśmierzony ból, a mimo wszystko on nie zdążył tego przeczytać…

* Inspiracja: „MagniWorld”
* Fot. Dariusz Banasik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.