Nie kochani

Z bronią w ręku
budząc obawę wśród innych
leśną drogą się włóczą
nie kochający mężczyźni

Nucąc hymny bitewne
snują się polanami
nie wracają do domu
i nie chcą być kochani

Głos syren uszu ich nie dotyka
ciała nagie swym smakiem nie nęcą
ich serce drzwi swe zamyka
Choć za dotykiem wciąż tęsknią

Nocą czają się wokół
damskie sylwetki półmgliste
lecz pośród takiego tłoku
za mało są wyraziste

Nie pragnącym mężczyznom
drżą powieki wilgotne
bo przecież chciałyby pragnąć
ich serca silne, samotne.

Nie kochający mężczyźni
choć nie wierzą nikomu
czasami patrzą ku gniazdom
szukając pełnego domu

Bo gdy wracają z wyprawy
nikt ich w progu nie wita
nie kochający mężczyźni
ze szczęściem, co wciąż umyka.

Nie kochający mężczyźni
i nie kochani także
bo jakże kochać tu takich
co wierzą jedynie w baśnie?

Mam wrażenie, że kiedyś zapomnimy. Ale to może nieprawda. „Bo z takim trudem przebiliśmy się przez zdziwienie: różni? Jednak podobni. Potem jeszcze przez hałdy wstydu. Przez moje przekonanie, że wiem już wszystko. Przez Twój strach. Przede mną.” Gdybym jednak kiedyś Cię zapomniała, Twoje miejsce we mnie zostanie już na zawsze puste.

Teraz jesteśmy nieco inni niż przedtem. Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy w sobie coś na kształt przemocy, zauważonej w spojrzeniu, w ruchach ciała. Osaczaliśmy się, tak, jakbyśmy nie znali innych sposobów na zdobycie wzajemnych uczuć. W pewnym momencie ja bałam się nawet, że przestałam nad sobą panować. Kiedy zasypiałam i kiedy się budziłam, widziałam Twoją postać. To była przemoc.
W przemocy jest przewrotna siła. Lubimy się jej poddawać. Nie musimy wtedy decydować. To sprawia nam rozkosz. Ale wówczas nie jesteśmy wolni. Wyrzec się władzy i przemocy to pierwszy krok ku prawdziwemu uczuciu. „Ty nie składałeś nigdy żadnych obietnic, ale przecież oboje wiemy, że to było ważne i poważne, i nawet za Ciebie mogę to napisać, nie prosząc o potwierdzenie. Wiem, że tak”. Takie rzeczy można poczuć. Trochę niewinnego wstydu, zażenowania, trochę zawód, do którego jednak ambicja nie pozwala się przyznać.
„Nie mieliśmy czasu, aby doszukać się w tym czegoś jeszcze, wyjść poza banał. Ugrzęźliśmy na etapie odmiennych przyzwyczajeń i konieczności dopasowania się. To byłaby w najlepszym razie historia płomiennego pożądania, które albo mogłoby być nasycone, albo przeciwnie – zwiędłoby zaspokojone i przestało płonąć. Nawet, gdyby było przyjemnie. Przyjemnie…, jaka to obelga dla miłości”. A ja wcale nie byłam ciekawa kolejnego mężczyzny. „Byłam oczarowana. Dlatego rozczarowanie – to była najgorsza katastrofa. Bo za bardzo mi zależało. Od początku. Od momentu, kiedy zaczęliśmy na siebie patrzeć”.

Kiedy jednak odczarowały się zaklęte myśli, zaczęliśmy rozmawiać ze sobą jak ludzie, którzy się szanują. A więc może pojawiło się niespełnienie. „Są jednak powody, by sądzić, że to poważniejsze. Bo takie nierealne, wyśnione i delikatne. Mieni się wszystkimi kolorami. Pryzmat, który załamuje światło. Wszystkie kolory w kawałku kryształu”.
I na to zawsze znajdzie się trochę miejsca. Na sny, na tęsknotę. Nie tęskni się przecież do tego, co już się zdarzyło. Piszę Ci o tym, jakbym chciała Cię pouczać i coś domawiać, ale to nie to. Staram się rozmawiać z samą sobą, bo nasze spotkanie było spotkaniem nie tylko kobiety i mężczyzny, ale też spotkaniem samym z sobą. Takie spotkania są niełatwe. Musiałabym się dziś przekonać, co jeszcze pamiętam. Twoje oczy na pewno, bo mają kolor podobny do mojego. Koloru swoich oczu nie sposób przecież zapomnieć.
„Zawsze starałam się ukryć ten rodzaj wariactwa, które mnie dosięga. W końcu nie kocha się szalonych. Za duże ryzyko. Jestem chora na niepokój i samotność, które pragną ukojenia. Na chwilę. Ty przecież chorujesz na to samo, więc ukrywaliśmy to przed sobą dość nieudolnie i w końcu wysupłaliśmy się z kryjówek. Absurdalne pragnienia, których nie da się spełnić, stanęły naprzeciw siebie. Rozpoznały się. Nic nie dało się zrobić”. I dlatego ten kolec rozczarowania, utopiony we mnie, czasem boli. „Nie mieścisz się w moim realnym życiu. Ja w Twoim też nie. Symetrycznie”.
To jest labirynt. Znam tę drogę, nie gubię się, więc wszystko jest w porządku, choć symbole i znaki nie zapowiadają niczego dobrego. Chyba jedyną istotą, której mogę bezkarnie powiedzieć: Jesteś piękny, uwielbiam Cię, jest mój kot. Mówię mu to, a on szuka miejsca na moim ciele, w końcu kładzie się, mrużąc oczy. Tak, to jest istota, której można oddawać cześć bezkrytyczną. W takich momentach uświadamiam sobie, że chcę być trochę szczęśliwa. W małych porcjach to znośne i nie ogłupia.
Odkąd wiemy o naszej symetrii, wszystko, co piszę, jest całkowicie oczywiste i przewidywalne. I niczego nie musi zmieniać. Ale piszę to i dla siebie. Żeby mieć te uczucia i zarazem je stracić. Zakonserwować i umieścić w bezpiecznym miejscu. Piszę, bo boję się rozproszenia. Choć wiem, że musimy się na nie zgodzić.

„Czy mając tę intuicję pełnego porozumienia, która się wyłoniła (skąd? ze sposobu mrużenia oczu?) można poprzestać na niepełnym? Zgodzić się na inne?
Nie tęsknię, ale odczuwam głębokie wzruszenie, gdy do Ciebie piszę”.
Nie dlatego, że się rozstaliśmy, ale dlatego, że się spotkaliśmy. Bo najważniejsze było to spotkanie. Nauczyło i poprowadziło. Zaufałam mu. Jak amazonka ufa koniowi, który pędzi przed siebie. Ona nie wie, dokąd. On wie.

* Cytaty i inspiracja: Anna Nasiłowska „Dwa niewysłane listy”
* Fot. Łukasz Król

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.