* (nie)ŻELAZNE SERCE

„W towarzystwie nigdy nie wspominała o uzależnieniu, a o tym, że jest sierotą powiedziałaby Ci dopiero, gdy spotkasz jej rodzinę/ Maluje swoje oczy tuszem barwy nocy/ Kładzie cienie na swe powieki/ Przybiera uśmiech, kiedy przybywa ból/ Cierpienie potrafi sprawić, że nagle wszystko jest w porządku/ Mówią, że ona rozmawia z aniołami/ Wołają ją po imieniu/ Och tak, ona rozmawia z aniołami/ Mówią, że wołają ją po imieniu/ Przechowuje pukiel włosów w kieszeni/ A na szyi nosi łańcuszek z krzyżykiem/ Tak, te włosy należały do małego chłopca, a łańcuszek do kogoś, kogo jeszcze nie spotkała/ Jeszcze nie…/ Nie miała żadnych kochanków/ Przynajmniej o żadnym mi nie wiadomo/ Dla niej to nic nie oznacza/ Ale dla mnie to ważniejsze niż cokolwiek innego…” The Black Crowes „She Talks To Angels”

– Musi zmienić Pani tryb życia – powiedział w końcu, wypełniając moją już bardzo grubą kartę historii choroby. Koniecznie.
– To ta nowa rada, na którą czekałam ponad dziesięć lat? – zapięłam powoli sukienkę, obserwując jak za oknem pada deszcz. – Takie to proste Panie doktorze?
– A czego Pani oczekiwała? – chyba trochę chciał uświadomić mi, że nie mogę mieć złudzeń i w tym wypadku. – „Myślałam, że jak studiuje się latami, nosi się głowę wyżej od innych z powodu bycia bardzo znanym lekarzem, to dowiem się więcej na temat tego, jak uspokoić swoje serce, niż to, co jest oczywiste.
– Proszę Pani…
– Cała wiedza to znachorstwo. Myśl pozytywnie, będziesz miał zdrowe serce”. Czyli co, Panie doktorze? Mam stać się głupią blondynką? – spojrzałam na niego wymownie po tym, jak mu przerwałam.
– Mogę przepisać Pani środek na uspokojenie, jeśli aż tak Pani się boi, że trzeba zmienić swoje całe życie. I że to już czas – oparł się o krzesło swobodnie.
– „Mam znowu uśpić swój mózg, aby ten oszukiwał serce? Nic nie widzieć, nic nie odczuwać? Taki jest Pana przepis na lepsze życie?” – skończyłam się ubierać, a on wyciągnął dłoń podając mi jakąś kartkę.
– Przecież Pani wie, co Pani jest. Trzeba wprowadzić tylko kilka zmian, żeby czuła się Pani spokojna – zauważył delikatnie.
– Ale, że co? Że mam kupić sobie domek nad jeziorem i łowić ryby przy brzegu? Bo nie rozumiem? Tak pozbywamy się niepokoju i wyżerającego mnie robactwa, tak?
– Proszę tylko postarać się zadbać o siebie.
– Świetna tabletka. Na ile starczy, miesiąc, dwa, pół roku – zapytałam dosadnie.
– I zmienić się – dokończył. Pani irytacja nie uspokoi serca.
– Irytacja? Proszę Pana, ja rzadko się irytuję, ale od takiego specjalisty, jakim się Pan tytułuje, oczekiwałam czegoś innego. Ja już mam sposób na swoje serce. Wystarczający.
– Jakiż to sposób, bo nie wiem czy się sprawdza? Ono jest wyczerpane.
– Masuję je – spojrzał na mnie ironicznie. – Masował Pan sobie kiedyś serce?
– Nigdy nie spotkałem się z takim mądrym pomysłem – uśmiechnął się z lekkim lekceważeniem. Młody bóg medycyny, z dobrej rodziny, z własną praktyką. – Literatura medyczna też nie opisuje takiego genialnego pomysłu.
– Widzi Pan, z tego wniosek, że większość z Was jest lekarzami z przypadku. Nie liczy się mądrość, lata nad książkami, powtarzanie teorii, zapamiętywanie regułek. Słyszycie szum, to przepisujecie receptę na krople i dodajecie do tego radę, aby zmienić tryb życia, a potem bierzecie dwieście złotych za wizytę. W końcu najważniejszy organ w ciele człowieka musi najwięcej kosztować.
– Widzę, że Pani jest wszystkowiedząca. Może trzeba być też nieco potulniejszym wobec świata i doceniać te chwile, które jeszcze przed Panią. Poprosił mnie o konsultację Pani lekarz, który zna Panią od lat. Mówił, że jest Pani błyskotliwa, ale nie mówił, że aż taka wojowniczka świata. To zagłusza Pani walkę z osobistą chorobą.
– On przynajmniej zawsze mówił mi prawdę. A Pan mi mówi o jakiejś tabletce, która mi pomoże… na miesiąc, dwa? Pan zapewne ma zdrowe serce, doskonałe pod względem etycznym jak i fizycznym, bez szmerów, szumów, żadnych konwulsji?
– Dbam o siebie.
– Sam Pan dba o siebie?
– Nie, mam rodzinę.
– Więc to rodzina troszczy się o Pana, żona, dzieci, pieniądze dbają o Pana, pies, kot. Idealny układ, Pana najlepszy przepis na zdrowe serce. Życie bez stresu. Jest jak na lekach, bez leków.
– Leki czasem pomagają.
– Myślałam, że jest Pan specjalistą od serc, że będzie Pan o wszystkim wiedział, że wystarczy dotknąć serca i poczuć jego rytm, aby wiedzieć o człowieku odpowiednio dużo.
– A Pani, kim jest, żeby wiedzieć wszystko?
– Masażystką serc.
– To jakaś nowa specjalność? Hmm… taki masaż podnosi chyba ciśnienie krwi, wcale nie pomaga, wręcz szkodzi. Nie wszystkim, niemniej Pani z pewnością.
– Ale trzyma mnie przy życiu Panie doktorze. Kiedy nie można czuć bicia własnego serca, nie warto żyć. Te wszystkie uciechy dzisiejszego świata mają, takim jak Pan, dbającym o swoje serca, zastępować to, co sprawia, że czujemy konwulsje tego organu. „Krople na serce mają dać nam złudzenie nieśmiertelności, a zmiana trybu życia na spokojniejszy ma pozbawić nas wszelkich nagłych emocji. Serca ludzkie wytrzymują dużo i pragną jeszcze więcej. Proszę zawsze o tym pamiętać, a wówczas będzie Pan najlepszym kardiologiem. Chyba o to chodzi, prawda?”. Wyciągnęłam z portfela banknot i położyłam mu na stół. Patrzył na mnie z zaskoczonym wyrazem twarzy – Do widzenia.

Szłam korytarzem z białymi ścianami. Mijałam ludzkie twarze, sama chowając się w ulubiony szal, który chronił przed tym, by nikt nie mógł zobaczyć moich łez, gdy te napływały do oczu. Dostałam go kiedyś od kogoś wyjątkowego. Nagle zobaczyłam mężczyznę z tulipanami. Nie wiem na kogo czekał. Przyglądałam mu się przez chwilę. Dopóki mnie nie zauważył. Gdy tak się stało, schyliłam głowę i zbiegłam co tchu schodami w dół. Dopadła mnie znowu tęsknota i mocne bicie serca. Wizyta u słynnego lekarza zirytowała mnie, może dlatego, że nadzieja znowu mnie oszukała, może dlatego, że nie pomogła mi nic, choć ostatkiem wiary, wierzyłam, że pomoże… diabli dwie stówy, diabli, że się łudziłam. Znalazłam się teraz na innym piętrze tego budynku, usiadłam przed gabinetem swojego doktora, którego znałam od lat. Tylko on dawał mi bezpieczeństwo. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że nigdy nie tracił nadziei, że uda mi się wyrwać ze szponów zła. Po chwili otworzył drzwi i zaprosił mnie do siebie.
– Jak było? – zerknął na mnie badawczo i poprosił, abym usiadła. Milczałam kilka minut. W tym momencie podał mi gorącą herbatę. Tak, jakby wiedział, że jestem zziębnięta, ale nie przez pogodę za oknem tylko przez to, co przed chwilą stało się w gabinecie dwa piętra wyżej.
– Ali, czemu nie dajesz sobie już szansy?- przerwał ciszę (mówił mi zawsze po imieniu, kiedy przekraczałam próg jego gabinetu, choć nie byliśmy ani kolegami ani nawet znajomymi, dla mnie był zawsze Panem doktorem).
– A miałam sobie dać szansę, wierząc w kolejną magiczną tabletkę?
– To odpowiedź?
– A uzyskał ją Pan?
– Właściwie sam jej udzielę – uśmiechnął się. Masz dziś ładny szalik – taki niespotykany, pasuje do Twojej delikatnej twarzy, a do tego aromat tej herbaty – czy świat nie jest piękny?
– Chwilami – uniosłam głowę i wzięłam kubek herbaty do ręki. Kiedy jest ciepło.
– No właśnie – potwierdził.
– Więc, po co pytać jak zna się odpowiedzi? – wymówiłam bez sensu.
– Właśnie o to samo chciałem zapytać.
– „Znając odpowiedź pytamy, gdyż mamy cichą nadzieję, że jest ona jednak inna” – rzekłam, chociaż on doskonale o tym wiedział. Kto pyta nie błądzi – celowo powiedziałam te słowa, pomimo że to beznadziejny frazes, ale mówiąc tak, mogłam być spokojna o interpretację. Albo byłam idiotką i on o tym już i tak wie albo żadna głupota, jaką dzisiaj tutaj popełnię nie ma znaczenia w jego ocenie.
– „Bo kto pyta, już zabłądził” – spojrzał na mnie wymownie – Ali, nie pytasz o drogę znając ją, a jeśli to robisz to nie z powodu odpowiedzi lecz z powodu całkowicie innego. Raz jest to drepczący wiejską dróżką chłopiec, innym razem zabiegany manager bądź jakakolwiek istota przywołująca to jedno wspomnienie lub uderzająca w tę konkretną nutę wyobrażenia. Oni odpowiadają z takim przejęciem, tam skręcisz w prawo, a po dwustu metrach na rozstaju dróg w lewo, po czym… ale Ty ich nie słuchasz, patrzysz w oczy, na poruszające się usta, chłoniesz zapach ich skóry i myślisz tylko jak zrobić, aby ta istota wzięła Cię za rękę i zwyczajnie Cię tam zaprowadziła. Zaprowadziła tam, gdzie wiesz jak dotrzeć.
– Tak – westchnęłam jak człowiek wyrywający się z toni. Nie jestem dobra w czytaniu map.
– Ali, oni myślą, że „błądzisz, ale Ty nie błądzisz. Błądzisz tylko w sobie, ale tak kontrolowanie, celowo, aby ratować się przed tym wszystkim, co już opanowałaś. Co za przyjemność wiedzieć, że nie można się zgubić. Czasem trzeba się zgubić prawda? To dlatego wyruszasz w te swoje podróże. Jednak zawsze wiesz dokąd zmierzasz, problem jest tylko jeden… Kiedy zatrzymujesz się przy nim, jak idzie sobie beztrosko i kiedy pytasz o drogę, dla niego jesteś tylko zagubioną podróżniczką”. A on nie umie dostrzec, że Ty jesteś jedynie samotna. Napiłam się herbaty z milczącą twarzą. Zimno puściło, poczułam miękkość mojego szalika, delikatne światło odbijało się od ciemnych zasłon. Zapragnąłem, aby czas się zatrzymał.
„Człowiek może znieść bardzo dużo, lecz popełnia błąd sądząc, że potrafi znieść wszystko” (Fiodor Dostojewski). Sięgnął po książkę leżącą na stole i otworzył w miejscu zakładki. Poczułam przez chwilę, że jest w moim mózgu, że widzi tę ciemność. Począł czytać: – „Są też osoby „jak należy”. Spotykając się z nimi, pytamy: „Wszystko w porządku?”. One odpowiadają: „W porządku”. Nie mogą powiedzieć nic więcej, ponieważ są więźniami samych siebie i społecznego jarzma. Nie mogą wypowiedzieć cierpienia, które je dusi i łamie. A my przechodzimy, nie zauważamy ich spojrzeń – świateł alarmowych, nie słyszymy ciszy ich krzyku, nie dostrzegamy nawet, że na barometrze ich serca wskazówka zatrzymała się na kresce „burza” ” – zamknął książkę i odłożył. – Wiedziałaś zawsze dlaczego wskazują Ci drogę, ale nigdy nie jadą w nią z Tobą, prawda? Trzeba pamiętać, że oni też chcą, aby dać znak.
– Daję znać. Wszystko mam wypisane na twarzy – nie było to przekonywujące, na co się uśmiechnął.
– „Na twarzy masz wytatuowane wszystko, co daje ludziom znać, aby trzymali się daleko.” Kto zbliża się do kogoś, kto dźwiga przy sobie worek ofiar? Nikt, kto chce żyć. Dziwisz się? Umieranie mężczyzn dla miłości zdarza się tylko w baśniach. Stąd ta złość? Wieczne rozczarowanie? Że nie są tymi, o których czytałaś, gdy tylko nauczyłaś się czytać? Uciekałaś do światów, które były wyobrażeniem równie szalonych umysłów, ale Ty w nie uwierzyłeś albo raczej chciałeś wierzyć tak mocno, że w końcu siłą rzeczy musiały istnieć. Oni nie są Wojownikami, Rycerzami, Indianami ani nawet Szamanami. Taki by Cię przynajmniej zaciekawił, nawet gdyby chciał zamienić Cię w głaz.
– Parę już zamieniło mnie w głaz – rzuciłam w powietrze.
– Coś takiego. I jak sobie z tym radzisz?
– Nie radzę.
– Czyżby? Żyjesz.
– Jeszcze tylko parę chwil. Wpatrywał się we mnie, ja oparłam łokcie o stół i uniosłam głowę.
– „Wymagasz tylko, abyśmy byli ludźmi bez względu na fakt, w jakiego boga wierzymy. Tylko bycie ponad podziałami, jakich chce od nas choćby wiara, pozwala być człowiekiem, prawda? Tego od nas oczekujesz i nienawidzisz, gdy udowadniamy, że nie umiemy być ludźmi. Nie ma dumnych wojowników, zabijających dostojnego jelenia tylko dla pożywienia, są podli szubrawcy goniący stado bizonów dla sportu, zabawy. Są wypacykowani faceci mający się za hardych, bo wycieńczają ogłupiałego byka na arenie i go zabijają. I są wiwatujący ludzie na jego śmierć. I w którym z tych miejsc jesteśmy ludźmi? Gatunek, który ma się za nadrzędny powinien posiadać najważniejsze umiejętności, prawda? ” Nic nie odpowiedziałam.
– „Kto może decydować o tym, czy w imię lekarstwa na raka możemy skazywać na cierpienie tysiące zwierząt. Jeżeli nauka nie umie obejść się bez torturowania zwierząt, to powinniśmy obejść się bez nauki, prawda? Nikt nie ma prawa pastwić się nad słabszym życiem i dlatego tak bardzo chciałabyś nad tym zapanować”. Wykańcza Cię to, że nie potrafisz. I te Twoje łzy w oczach. Nie znosisz ich.
– Tego nie mogą widzieć oprawcy. Wtedy nie zwyciężę.
– „Takie odruchy mają głębszy imperatyw. Świat składa się z tchórzy dbających o własny interes, słodkich idiotek, szmaciarzy, cieniasów, zgwałconych przez swoje myśli, ludzi bez duszy i serc i składa się też z tych, którzy mają serca tak skrzywdzone przez świat legend i baśni, krew zahartowaną przez męstwo z pradawnych opowieści i okoliczności życiowych, że zwyczajnie robią coś, gdyż dla triumfu zła, wystarczy aby dobrzy ludzie nic nie robili. W galaktyce jest miliardy satelit, przeróżnych planet, ale tylko odpowiednia mieszanka pierwiastków, składu chemicznego, odległości od gwiazd może sprawić, że zaistnieje na niej życie. Tak jest z ludźmi. Jest nas miliony, ale tylko właściwa mieszanka okoliczności może stworzyć człowieka w pełni tego słowa znaczeniu.”
– Czyli magiczny Elf, który boi się nie zdążyć na czas nie istnieje?
– Istnieje – uśmiechnął się. – Tak jak i Alicja po drugiej stronie i cała kraina czarów – wyciągnął dłoń i dotknął mojego serca. – Tutaj.
– A więc jestem stracona? Nie ma gdzie uciec?
– Tutaj – raz jeszcze wskazał na serce. – Cały czas uciekasz tutaj – uśmiechnął się. – I dlatego Cię tak ostatnio boli. Bardzo chcesz uciec.
– Uciekam, ale to nie wystarcza.
– Wiem, dlatego postanowiłaś walczyć piórem niemal z całym światem i może nawet, jeśli jeszcze niedawno wierzyłaś, że możesz być szczęśliwa, teraz zdałaś sobie sprawę, że to się może nie udać. „Nikt Cię nie rozumie i co gorsze nikt Cię nie uratuje. Nie przed światem, nic Ci nie grozi od świata. Jesteś tak zakorzeniona w poszukiwaniu wartości mistycznych, że wchodzisz w coraz większą ciemność. A wiesz co jest w absolutnej ciemności? Nic. Kompletnie nic nie widać, wyciągasz dłoń przed oczy i nie widzisz nawet jej. W jaskini, do której schodzisz nie widać nic, absolutnie nic. Nawet, jeśli ktoś Cię dotknie, nie możesz wiedzieć czy ta ręka nie chce Cię zabić. Obumierasz z powodu tęsknoty. Tęsknoty do walki. Tylko jakiś nagły, niespodziewany pocisk może Cię zabić.” I Ty jesteś w pełni świadoma tego, że ten pocisk masz w sobie. Odmawiasz pomocy, bo przestałaś już wierzyć, że ktoś Cię uratuje. A sama przecież nie możesz.
– Nerwowy palec na spuście – powiedziałam do siebie. – Z pewnością to nie smutek, a tylko brak poczucia humoru Alutka – uśmiechnęłam się nieznacznie na powrót słów kochającego mnie niegdyś Jego.
„Tak przyjdź i teraz do mnie, spod udręki/ Wyrwij mię takiej ciężkiej!/ Czego serce łaknie, wypełnij wszystko/ Sam moim bądź sprzymierzeńcem”. (Safona „Oda do Afrodyty”)

* Inspiracja i cytaty: The Black Crowes „She Talks To Angels”, „MagniWorld”, Fiodor Dostojewski, Safona „Oda do Afrodyty”
* Fot. Nika Zamiecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.