Zdarzyło się…

1„Normalni mężczyźni zostawali wojownikami. Odsunięci na bok szamańscy nadwrażliwcy kontenerowali grupową podświadomość. Wymyślali mity jednoczące plemię. Dawkowali święte rośliny wprowadzające w trans. Ekstatyczne stany świadomości wzmacniały plemienne więzi…”. Manuela Gretkowska

Odbicie diabła

Dziś, powiedziane do niej zdanie sączyło się w jej umyśle, zataczało koło i wracało ze zdwojoną siłą – „Większość z naszych rozmów odganiała diabła sprzed mojej twarzy, zastosuj to na sobie, inna droga, cel ten sam”.

Jej obcość wyrosła z bardzo dawnej przeszłości. A jej trudność po prostu lubiła tańczyć obok… Jej chęci brały się z głębokich doświadczeń, jej braki były przykładem na to, że potrzebuje wciąż silnego ramienia obok. Ale umiała pewne rzeczy, jak nikt inny. Rozmawiała z wielorakimi istotami z tego i nie z tego świata. Wówczas to, z miejsca kreśliła jasny plan. Od razu. Od początku istnienia. Nie musiała wiedzieć dużo. Wystarczyły jej czyjeś oczy… Nie przewidziała w tym wszystkim jednego. Serce obok, jednak, często znaczyło więcej niż oczy. Biło określoną, lecz nieznaną dla niej emocją, a wzrok zasłaniała doskonale opanowana pustka.

„Nic ich ku sobie nie skłaniało. Ani jego ku dorosłej dziewczynce, umówionej ze swoim darem wzruszenia, zdawało się, na zawsze, ani jej ku mrocznemu trzydziestoparolatkowi, wrogiemu, to się widziało, wszelkiej, więc również własnej mitologii. W nim wszystko działało bez zarzutu, w niej żaden tryb się nie zazębiał z sąsiednim, żaden pas nie przenosił żadnej transmisji, nic nie łączyło się z niczym, przeto nie była płynna, tylko rozchwiana. Szpeciło ją nawet to, co inne mogłoby zdobić, a choćby wzruszać, jak kruchość, drobność, defensywność. Bo wszystko, co zapowiadało w niej męskość, jak na przykład niebotyczna odwaga, pozostało w połowie drogi, porzucone, niezdecydowane, niedorobione. Musiała mieć też w pogardzie śmiałość, bo jej nie używała. Więc ponieważ nic ich ku sobie nie skłaniało, czuli się skrępowani i szukali okazji, by się rozejść. Na razie jednak geografia losu nie dawała im tej szansy…” (autor nieznany).

On przychodził nie tylko we śnie. Był obok podczas całej jej rzekomej ucieczki. Miłość czasem jest też po to, żeby móc pokochać samego siebie, widząc, że o własnych siłach, wychodzi się z jej pułapki. I przy tym jeszcze, móc potrafić być jedną i tą samą osobą w każdej sytuacji, tą, która szczerością wypoleruje wszystko, co wokół.

Jej myśli, jej ciało, od jakiegoś czasu, chciało już jednak powrócić. Tam. Do domu. Jeszcze tej nocy. Takie były pragnienia, ale rzeczywistość czyniła swoje.

Rycerz bez zbroi

Kolorowy świat migocących świateł i miejsce, gdzie pod koniec tygodnia pojawiają się tabuny spragnionych ekstatycznych emocji twarzy. Tłum. Z pewnych względów, tym razem, i ona w nim uczestniczyła. Ale czasem lubiła te miejsca. Zawsze jednak tylko z jednego względu. Dostarczały nieziemskich przemyśleń. To była idealna przestrzeń dla ironii.
– Trzy Twoje wady?2
– Perfekcjonizm, tęsknota za dobrem i wrażliwość…
– To wady czy zalety? – zapytał.
– Wady będące zaletami – odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
– To nie za skomplikowane?
– A myślisz, że las może być prosty? Tu u Ciebie jest bardzo prosto, dosłownie i nieciekawie, a ja szukam magii…
– To zostań Wróżką – zirytował się.
– Gdybyś był Małym Księciem, wtedy tak… Ale jesteś rycerzykiem w lśniącej zbroi… Nie ta bajka.

Zatrzasnęła za sobą drzwi, wsiadła do samochodu i usłyszała w tle ulubioną melodię samotnych. Zamknęła oczy, nie chciała oglądać tego świata. Po przebudzeniu znowu goniła do swojego lasu. W blasku błyskawic patrzyła na niebo, a gdy w końcu znalazła się w swoim miejscu, jak zwykle, przywitała ją przeciągająca się istota, ale nie z tego świata.

– Gdzie Ty byłaś?
– Uciekłam na chwilę.
– I co?
– To, co zawsze.
– Chodź, utulę Cię do snu i będę go strzegł. Przetrenowana moja dziecinka.
Łagodne, ciepłe coś wtuliło się w jej ramiona, zostawiając kocią łapę wyciągniętą ku szyi.
– Jestem bezpieczna – pomyślała.

Tysiące razy stykała się z niezrozumieniem. Tysiące razy nie miała siły. Tysiące razy łzy krążyły w głębiach jej oczu. Nie dawało jej spokoju tysiące rzeczy.

Lśniący żołnierzyk

– Jestem kobietą – kobietą utkaną z instynktów, co pochodzi zarówno ze świata widzialnego, jak i ukrytego przed wzrokiem innych. Istnieje we mnie intuicja. Przewiduję, słucham, obserwuję. Bo wiem, którędy prowadzi moja droga. Dlatego nie jesteś w stanie mnie już zatrzymać – chciał coś powiedzieć…, lecz to ona mówiła szybciej. – „Nie jesteś w stanie zatrzymać mnie przed absolutnie niczym. Mogłabym w tym momencie bez mrugnięcia powieką obalić cały Twój świat, wywlec brak wartości, brak rozumu, zrównać z ziemią, unaocznić płytkość. Chwycić w dłonie i ulepić kulkę, aby wrzucić ją w błoto. Mogłabym Cię zetrzeć w proch, jak rozjuszony niedźwiedź zabłąkanego trapera” („MagniWorld”).
– Przecież, ja tylko chciałem…
– Ciiii – syknęła łagodnie i przyłożyła palec do ust, chcąc uciszyć go niby małe dziecko – Chciałeś za dużo. Mogłabym Cię zniszczyć, nawet, gdy patrzysz. Mogłabym wiele.
– Atakujesz? – wtrącił zmieszany.
– Może myślałeś, że nie potrafię? Widzisz, a to takie proste. Cały sekret tkwi tylko w jednej prawidłowości… w tym kto i jak patrzy… Czy rozbija drzwi niczym wściekłe zwierzę, czy puka łagodnie i czeka, aż powoli wyjrzą z nich nieufne ślepia.
– Dlatego przyszedłem się tłumaczyć…
– Ci, w imieniu, których tu przyszedłeś, nauczyli mnie jednego. Nauczyli, aby dawać każdemu to, na co zasługiwał.
– To nie ich nauka – zauważył. – To konsekwencja udręczania Ciebie. Mała zemsta wobec, nieuczciwych Tobie.
– A więc efekt ich postępowania.
– Czy Ty się uskarżasz? – zainteresował się – Jaką to ma formę? Użalenia?
– Wiedzy – odrzekła lakonicznie. – Skoro przyszedłeś, możesz udzielić odpowiedzi.
– Po co? – posłał jej nikły uśmiech. „Nieświadomość broni przed cierpieniem. Świadomość wypiera z nadziei” („MagniWorld”).
– Radzę sobie z cierpieniem, a nadzieję zostawiam… – odpowiedziała, lecz nie było w niej gniewu. – Pierwsze mam opanowane, a drugiego się pozbyłam – nie tego dziś potrzebuję.
– A więc – czy oni się męczą?
– Nie. Udają, że sobie z tym radzą. Udają we wszystkim.
– A czy czasem się wycofują?
– Nigdy.
– Bywa, że przegrywają? – zapytał, choć wydawało się, że zna odpowiedź.
– Bitwy tak… wojny nie. Widzisz… Udręczali mnie na różne sposoby… a ja, ja rosłam w siłę. Stałam się jak skała – twarda, nie do przebicia. Uderzali we mnie, a ja wciąż byłam sympatyczna…

Po tym wszystkim wiedziała doskonale, że nie należy mieć mistrzów. Można być erudytą i genialnym silnym kimś na zewnątrz, a jednocześnie emocjonalnym głupcem, pozbawionym empatii mężczyźniątkiem w domowym zaciszu. Mistrzowie lubią przycupnąć na cokole i już tam zostać w pozycji najwyższych. Dziś zatem mistrzowie istnieli dla niej tylko po to, aby ich kwestionować, obalać… Ich metafizyczno-doniosłe jęki zamieniła w racjonalno-prawdziwy głos prawdy.

Dziś też pomyślała na nowo, o potrzebie, która tkwiła w niej od jakiegoś czasu – „Naucz mnie patrzeć Twoimi oczyma. Naucz mnie tak patrzeć”. I to było największe pragnienie zmiany. Nieubłaganej. Inny kąt patrzenia na to, co dotąd zagrażało jej niszy.

Bohater niewidzialny

– Postaraj się myśleć lepiej i prościej.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Bo nauczyłam się inaczej albo inaczej – urodziłam się inna.
– Myślisz, że możesz mieć tak wysoce posunięte poczucie wyjątkowości? To może być zgubne.
– A jeśli nawet tak, to czy coś w ty3m złego? W świecie pierwotnym i w świecie nowym, od zawsze jest jedna zasada – aby przetrwać, musisz zabijać… Tyle, że ja zabijam humanitarnie – tylko mózgiem.
– Wyimaginowana postać w Twojej głowie prowadzi Cię na manowce. Tego chcesz?
– Wyimaginowany to Ty jesteś. Myślisz, że wystarczy skopać psa, żeby się odwdzięczył siłą?
– Nie kopię. Pytam.
– Pytasz, kopiąc.
– Masz się za lepszą?
– Mam się za zmęczoną.
– „Nie wkradaj się do świata baśni i surrealizmu. Już wiem, co oznaczają Twoje zwężone ślepia, gdy tak patrzysz. Analitycznie i konstruktywnie mi powiedz, jak chcesz żyć” („MagniWorld”)?
– Powiem Ci coś w sekrecie. Sekrety mają to do siebie, że nie ujrzą nigdy światła dziennego. Wiesz, to taka siła zwiadowcza, ale jeszcze niepełna, dlatego nie ma wszechmocy istnienia.
– Zatem od dziś będziesz bardziej realna?
– Boję się. To znaczy nigdy się nie bałam, aż… – zaczęło drżeć jej serce w znanym jej tylko rytmie. Kilkaset uderzeń na minutę. – Posłuchaj, nigdy się nie bałam, aż zrozumiałam, gdzie może znajdować się klucz do bramy, za którą jest niebo… Teraz to pojmujesz?
– Niebo? Od zawsze mówiłaś o piekle, które jest dla bohaterów.
– Szukałam piekła, podczas gdy powinnam zwyczajnie znaleźć klucz do nieba. Powinnam być człowiekiem, nie istotą, stworzoną przez Ciebie. Powinnam przestać interesować się życiem szamanów, ich zaklęciami i rytuałami. To nie ten rodzaj magii.
– A co z moją postacią? – przerwał jej nagle.
– Celem życia jest radość, szczęście i nadzieja. Bo ta ostatnia właśnie oznacza dobro. Jak już zjeżdżałam po swojej zjeżdżalni tyle razy, to pójdę zjeżdżać i z podniebnych zjeżdżalni, żeby nadal czuć ten ścisk. To jest moja osobista historia, mój wewnętrzny dom, budowany tak trochę krzywo przez lata…
– Jaki będzie „interes” w tym nowym zjeżdżaniu? – dociekał.
– Muszę się tego nauczyć, żeby przetrwać coś jeszcze gorszego. I ta strategia stanie się dla mnie bardzo cenna. W taki sposób tylko mogę dać sobie radę…
– Wygląda na to, że już rozpoznałaś to „skrzywienie”? – spojrzał na nią oczami chłopca.
– Wygląda na to, że prześwituje mi myśl o akceptacji… innego zakończenia naszej bajki, niż sądziłam. Ty wiedziałeś o tym od zawsze, ja musiałam do tego dojrzeć. Pamiętasz te słowa, prawda „Ratować młodą kozicę, pachnącą jeszcze mlekiem i kwiatami z łąki, z ciałem jędrnym, jak wcześnie zerwana brzoskwinia, z ustami wciąż nie grzesznymi i wstydliwymi oczyma? Ratować ludzkie cudo?” („MagniWorld”). Oboje zatem wiemy, że nie chciałeś mnie nigdy uratować – nie dała sobie przerwać. – Chciałeś przygotować mnie samą do odcięcia liny.

Zamknięte drzwi

„Przeznaczenie decyduje o tym, kto pojawia się w Twoim życiu, ale Ty decydujesz, kto w nim zostaje. Prawda boli tylko raz. Kłamstwo za każdym razem, kiedy je wspominamy. Są trzy rzeczy, które przemijają i nie wracają nigdy więcej: słowa, czas i szanse” (autor nieznany).

Październikowe i ostre powietrze lepiej by smakowało w innym mieście, nie tu, nie w tym momencie… Wsiąść do nocnego, pustego pociągu, jak niegdyś, uciec kontrolowanie… Drzemać tuż przy swoim barwnym odbiciu w zawilgoconej szybie – jechać, drzemać, jechać do pewnego celu, z emocjami… Powrócić do czasów, kiedy szuka się siebie… I kiedy jeszcze się nie wie, że gdy odnajdzie się już siebie, zaczną się kolejne poszukiwania… dużo trudniejsze.

„Miała się czasem za twardziela, co to przeżyje w lesie na obcym terytorium, z kawałkiem stali w rękach i ocali w dodatku pobliską wieś od zwichrowanych mózgów. Myliła się, co udowadniał jej świat każdego dnia…” („MagniWorld”).

Pośród tego wszystkiego zawsze wiedziała o jednym. Wiedziała o tym, że bohaterów podziwia się z różnych powodów. Czasem za siłę, czasem za odwagę, czasem za dobroć. Ale przede wszystkim kocha się ich, bo każdy wierzy, że kiedyś ktoś ich uratuje. Jak się okazuje, ta wiedza mogła istnieć, ale do jednego zdarzenia. Słowa. Gestu. Przekonania o swojej omylności. Jeśli właściwy bohater nie zjawi się w porę, trzeba ratować się samemu…

Uciekła zatem, bynajmniej nie ze strachu. Taki strach można łatwo obezwładnić. Jednym wymownym spojrzeniem i jednym słowem klucz. To raczej brak chęci na to, by uczestniczyć w grze, która nie miała nigdy żadnych zasad. Zrozumiała, że ludzie nie potrafią być już prawdziwi, w wielu sytuacjach życiowych. Ona tego nie zmieni, ani żaden wojownik nie z tego świata. Po prostu nie tak powinno być skonstruowane życie. A przynajmniej nie takim powinny je czynić jednostki. Czasem nic już się nie da zrobić. Czasem należy dać sobie zwyczajnie spokój. Zwyczajnie więc odpuściła. Zatrzasnęła za sobą wszystkie drzwi. Na zawsze. To nie czyniło z niej wcale lepszej. Czyniło ją ułożoną. Czy była to wygrana? W pewnym sensie. Poza tym wszystkim pozostawało bowiem ciągłe niedopowiedzenie, niedookreślenie i niepewność. I jeszcze to:

„Czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk
Posiadam wiarę w niemożliwą moc
Potrafię, jeśli chcę rozświetlić mrok
Mogę poruszyć was na kilka chwil
Tylko zrozumcie, kiedy zechcę znowu z sobą być.

Okłamali mnie z nadzieją, że
Uwierzyłam i przestanę chcieć
Muszę leczyć się na ból i strach
Gdzie jest człowiek, który z siebie sam pokaże mi jak
Kto pokaże mi jak?

Gdy nadwrażliwość (jednak) jest jak bilet
W jedną stronę stąd
Niczego nie będzie żal… ” „Leszek Żukowski” Coma.

Tak też było. Bo żalu nie można zatrzymać. Trzeba go obezwładnić i zamienić na inną emocję. Niestety jeszcze gorszą – obojętność.

PS. Wojownik (ze snu)

– Ale z Ciebie chudzinka, prawie Cię nie ma. No tak, ale ktoś taki nie powinien istnieć. Z umysłem starca i ciałem młodej dziewczyny. Pamiętam Cię, ale z innej bajki. A dzisiaj, dzisiaj siła apokalipsy oddalająca od pospolitego fatum. Gdzie teraz mieszkasz?
– Na barce.
– Po co?
– Żeby nie utonąć – humorem polerowałam moje jestestwo.
– Czy bestia apokalipsy uczyni zatem kolejny krok ku nowemu?
– Bezwstydnie się kimś inspiruję, ale mam chyba prawo, skoro ktoś inspirował się moimi losami – uśmiechnęłam się.
Egzaminował ją. Na kogoś bliskiego. Koleżankę, przyjaciółkę, może kobietę. Poczuła się postacią z jego historii. Ale trochę było też w tym desperacji, erudycji i emocjonalnego napięcia.4

* Cytaty i inspiracje: Manuela Gretkowska, „MagniWorld”, autor nieznany, Coma
* Fot. Wojciech Panas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.