Znajdę Cię…

„Daleko, daleko/Daleko od mojego domu/Mam sekret/Nikt nigdy go nie pozna/Mam go tutaj/Mam mój sekret/Nikt nigdy go nie pozna.
Daleko, daleko/Od mojego prawdziwego domu/Mam tajemnicę/Nikt nigdy jej nie pozna.
Moja tajemnica jest w moich rękach/A Ty nigdy/Nigdy jej nie poznasz.
Pewnego dnia/Pewnego dnia eksploduje/W jasnym świetle/W nagłym uderzeniu…
W nagłej eksplozji/W mgnieniu oka/Odlecę z budynków/Odlecę z dachu/Nikt się nigdy o tym nie dowie” (Rebeka „Nothing to Give” )

(Stan snu), ten sam od lat

Zarażenie, zmrożenie, uczulenie na bezd(o)umność. Przemoknięcie. (Prze)marźnięcie. Bez marginesu (o)błędu w oczach, a jednak trochę we mgle.

– Śni mi się (to) coraz głośniej, coraz częściej, coraz dłużej.
– Nie potrafisz się z tego wyzwolić.
– Chcę recepty, rady, Twojego spojrzenia.
– Mała, to nie działa w ten sposób. To nic nie da.
– Walczę.
– Schudłaś, nie jesz, nie oddychasz. Nie śpisz dobami. Śpisz godzinami. A na twarzy masz wypisane wszystko. Nie dasz już dalej rady.
– Znasz mnie. Nie mogę przestać.
– A co, jeśli kazałabym Ci to zrobić?
– Wiem, że nie dostanę od Ciebie kary za nieposłuszeństwo.
– Tupiąca dziewczynka. Byłaś jedyną kobietą, która mogła to robić.
– Gdzie istniałeś przez ostatni rok? Tęskniłam nieprzebranie.
– To nie ma znaczenia, gdzie byłem. Bo Ty umiesz już walczyć beze mnie. Obserwowałem Cię. Ale dziś, przyszedłem Ci powiedzieć, żebyś zaprzestała poszukiwań. Że nie możesz dalej mieć złudzeń. Nie boli Cię wcale to, co boli.
– Ale nie biorę znieczulenia. Ja już nawet nie płaczę. Drgają mi tylko powieki. Pewne rzeczy są za mną.
– Widać nie. Nie jest tak, jak myślisz.

Złudzenia, wynaturzenia, naruszenia.

– Możliwe, że zbłądziłam, ale wolałam tak zabłądzić niż nigdy nie dojść do celu.
– Kiedyś odejdę na zawsze i nie będę już dawał Ci recept.
– Kiedyś się obudzę… i serce znowu zabije równym rytmem.

Drżenia powiek, wywołane jedynie brakiem chemicznym. Gest niedopracowania. Starania. Naświetlanie części. Coś niedoszlifowanego.

– Mała, obróć się teraz, spójrz za siebie. I poczuj to, czego nie widzisz. Zamknij oczy.
– Jeśli coś wiem, to to, że upadnę, ale będę dojrzała. Podążam swoją drogą, drogą, którą nazywam domem.
– Dom nie jest wyłączną oazą. On stoi na rzece, która płynie, rwie jak prąd. Na moście, zbudowanym pomiędzy nieznanym przejściem, przystankiem w pół drogi i niebem otwartym, szukasz ocalenia.
– Tego mnie uczyłeś…, przez lata.
– Ale wiesz, jak skończyłem… Pomyliłem się i chcę, abyś Ty nie popełniła moich błędów. Chciałbym wziąć na siebie troski Twojego istnienia. Chciałbym zwolnić Cię z konieczności cierpienia. Chciałbym za Ciebie umrzeć, żebyś nie musiała doświadczać swojego umierania.

Spojrzała na niego jak mała dziewczynka, ta dziewczynka, którą po raz pierwszy zobaczył samą, w obcym mieście, siedzącą na brzegu morza… i którą potem sobie wychował. Pamiętała jego oczy. Lazurowe. Pełne magii. Niebezpieczne, zabójcze dla reszty świata, ale dla niej zawsze iskrzące łagodnością. Pamiętała jego ramiona. Pas ratunkowy.

– Spotykam jeszcze wciąż te spojrzenia, które, choć widziały, trwają, dając ciepło, życie i rację bytu.
– Ale to za mało dla Ciebie. Dlatego musisz przestać walczyć o coś, czego nie dostaniesz.

Głębie nieprzewidziane. Uczucia niedostosowane. Wyświechtane słowa. K(i)piące z braku odwagi. Ubóstwa psychiczne.

– Myślisz, że wyczerpałam już limit?
– Myślę, że dostałaś już szansę na to, by poczuć magię. A teraz musisz zrozumieć, że ona pozostaje, ale tylko w Twoich wspomnieniach. Że nie żyjesz w tym świecie, o którym marzyłaś. Nikt nie składa dziś rozbitych wazonów, nie wraca się w miejsca niespełnione, nie szuka się fragmentów, które stworzą całość, a tylko ostatecznej całości, bez urwanych fragmentów. Zatem, ta ostatnia chwila stała się. I jest wciąż bezdomnością.
– Dla mnie wszystko zostało niedokończone – nieumyty kubek od herbaty na stole, okruchy na talerzu z ostatniego śniadania, nieposkładana pościel. Wszystko tam zostało, jak zostało zostawione. Obraz stały przed oczami.
– Ale śmierć jest raz na zawsze. I nie ma od niej odwrotu. Nie masz mocy, by to zmienić.
– Miałam różne wyjścia nie-wyjścia, jaśniejące surowymi ścianami, spiętymi ramionami, bezwładnymi obojczykami. Było w tym wszystko, co zaistniało i istnieć powinno, zamknięte w przezroczystych, piaszczystych, połowicznych planach. I śniłam ciągle o miejscach, które coś przypominały, kogoś wołały, komuś opowiadały…
– Masz darowaną dojrzałość. Masz noce, które pokazują Ci ostrzejsze rysy rzeczywistości. Masz policzone wszystkie chmury i gwiazdy. Doszłaś już schodami na sam szczyt. Ale drzwi są zamknięte. Potrzebowałaś tych niezwykłych przeżyć, by dziś wypowiedzieć ciszę. Dlatego wypowiedz ją. I odpocznij.
– Nie, nie mogę… Ty wiesz… Chcę doświadczyć ocalenia. Wstydzę się…
– Maleńka, ale ja lubiłem Ciebie w tych rumieńcach…

Uśmiechnął się delikatnie. Łagodnie uniósł dłoń, by ją dotknąć. Wiedział jednak, że jeśli to zrobi, zniknie z jej oczu.

– Jesteś nieznośnie prawdziwy, ale nie możesz mnie dotknąć. Nie tak powinno być skonstruowane życie.

Widziała jego gest zawahania, gdy chciał ją przytulić.

Rytm prawdziwy przywoływany. Zlepianie wrażliwości. Zaklejanie niewidocznego dla oczu. Tamowanie strumieni. Ochronnie. Przestronnie. Bez podejrzliwości.

– Zaśnij. Zostaw to, czego już nie możesz naprawić.
– „Narkotyzowałam się” życiem. To było jak mantra. Tak być powinno.
– To nie jest wystarczająca droga.
– Pokaż mi inną.
– Musiałabym wtedy z Tobą walczyć. A ja nie chcę. Nie z Tobą. Nie walczyć. Nie-świadomie.
– Dlatego dziś jesteśmy bez walki, bez wygranej czy przegranej, a jednak zwyczajnie, nadal po ludzku. Neutralnie.
– Ja nie jestem ludzki, tym bardziej teraz, ale też nigdy nie byłem.
– To trwało tak długo, nawet bardzo długo, rozprzestrzeniając się powoli, od środka, spoza lub z samego serca…
– I pewnego dnia pękło niebo i runął straszny deszcz – „tego wieczoru opowiedziałem Ci wszystko. Wszystko, co od lat zamknąłem w sobie. Słuchałaś w milczeniu, ściskałaś moją rękę, wsłuchiwałem się w bicie Twojego serca, już wtedy biły razem. Żaden inny wieczór nie był taki piękny, jak właśnie ten: szary i rozpłakany. Tak strasznie zmokliśmy. Pamiętasz?” (Marek Hłasko).
– Ja nigdy nie zapominam. Takie noce, które nie pozwalają zasnąć. Poszukiwanie, zabłądzenie, zabawa w blisko-daleko. Multiplikacja uśmiechu. I pragnienia, których nie spełniono. Iluminacje każdego dotknięcia, odrobinę tylko drżenia i rozbłyski na trasie most i pod mostem, pod aniołem, droga, dzieląca o kilka objęć i o jedną łzę za daleko, a jednak tak łatwa do przebycia. Pamiętam.

Z ciepłem, ciszą, wszechświat(ł)a spokojem.

– Mała, wiesz, że jesteś magiczna. Bystre spojrzenie, wrażliwy głos, naturalna odpowiedzialność, wymieszana z prostotą i odrobiną szaleństwa… Masz moc kojenia dzikich zwierząt. To spojrzenie, które chce dotyku, a potem tak bardzo łaknie rozmowy.
– Bo to tam rodzą się najsilniejsze emocje. I jeśli czuje się małe ciepło, a potem nawet trochę smutku ściskającego gardło i znowu radość – taką dziką, że chce się płakać i płacze się nawet. Potem przychodzi natchnienie i jeszcze delikatne, trwające wzruszenie. A nad tym wszystkim chęć dotknięcia na chwilę – dłonią, policzkiem, to można wierzyć, że to dopiero właśnie ma sens. Kryształ mieniący się różnymi barwami. Bez pośpiechu, gonitwy, poszukiwań. Coś nadal niedopracowanego, nieokreślonego, ale przynajmniej wyczuwalnego. Małe, będące sumą małych, nie rosnące w zawrotnym tempie.
– Nie odejmę Ci dobrego, nie dodam ułomności. Inni niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać. Ty nie musisz. Oczy masz dzisiaj suche, twarz nieruchomą, a mimo to płaczesz. Tylko ja o tym wiem, choć nie drgnie Ci nawet powieka. Pójdziesz głębiej, tyle, ile trzeba będzie. Ale to niewiele zmieni. Pamiętaj, że to nie od Ciebie zależy, czy dotrzesz do celu.
– Nie jestem gotowa na dobrowolne oddanie szczęścia.

Synonimiczność ruchów, gestów i słów. Panienka z Kępy i Ten Nieprawdopodobny.

Spojrzała na niego ze smutkiem. Cała była smutna. Położył się obok jej drżącego ciała. Ale dotknąć jej nie mógł. Cztery najbliższe splecione dłonie, najbliższe stopy, ułożone niezwykle przy sobie. Ciepło bijące od obydwu ciał, które musiało im wystarczyć. I jedna, spływająca swobodnie ot(w)arta łza, niepotrzebnie ukrywana przez tyle czasu.
A potem był już tylko krzyk. Dziki krzyk. Jej krzyk, który „chciał zagłuszyć zmysły, by nie widziały i nie słyszały. To krzyczał naiwny idealizm jej miłości, która chciała zniszczyć wszystkie antynomie, zniszczyć dwoistość ciała i duszy, a może i czas” (Milan Kundera). I co najważniejsze, tę śmierć.

Na przebudzenie. Na tęsknienie. Na pragnienie.

Ocknęła się. Poczuła, że za chwilę będzie musiała zdecydować, czy otworzyć oczy, czy odczuwać coraz większy ból, rozrywający ten obraz na strzępy.
Przebijające się światło, rażące w jej oczy świadczyło o tym, że już wybrała. Odchodząc z tego świata, usłyszała jego ostatnie słowa, które do niej wypowiedział – „Pod wieczór, na werandzie, z rozległym widokiem będziemy pić herbatę. Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną” (Jerzy Pilch).

Tylko czułość idzie do nieba.

* Cytaty: Rebeka „Nothing to Give”, Marek Hłasko, Milan Kundera, Jerzy Pilch
* Fot. Alfred Wiltos

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.